Preferencje żywieniowe Polaków

Jemy bardzo różnie: niektórzy z nas wiecznie w biegu, inni wciąż na dietach, jakaś niewielka część regularnie stołuje się w dobrych restauracjach, ale większość narodu pitrasi jednak w domowym zaciszu, bądź żywi się w oparciu o fast-foody i wszelkiego rodzaju blisko- i dalekowschodnie budy. Pod lupę weźmiemy dwa ostatnie przypadki, bo doskonale oddają one preferencje żywieniowe Polaków.

Jedząc pasztet z puszki czuję się jak pies. Wyrób ten wygląda i pachnie dokładnie tak samo jak niedrogie jedzenie dla zwierząt. Ale jakże on smakuje! Nie wyobrażam sobie wyjazdu na moje ukochane Mazury bez kanapek ze smarownym pasztetem. Pójdę jeszcze dalej: nawet gdybym posiadał poduszkę i materac wypchane dolarami, a na moim koncie pyszniłyby się całe ich miliardy, również wtedy, od czasu do czasu, sięgałbym po pasztet z puszki. Wyrażenie-klucz: „od czasu do czasu”.

Niedawno niemal całkowicie zrezygnowałem z konsumpcji masowo produkowanych wędlin, chociaż może właściwsze dla nich określenie to „wyrób wędliniarski wysokowydajny”. Na widok charakterystycznych dziurek po nastrzykiwaniu natychmiast tracę ochotę na soczystą szyneczkę. Pamiętacie szynki, czy kiełbasy wyrabiane na wsi przez naszych dziadków? Były suche, mięsiste, pachnące naturalnym dymem. Ja pamiętam doskonale, zwłaszcza że co jakiś czas otrzymuję kilka kilogramów prawdziwego mięsa od znajomych gospodarzy. Nie ma tam śladu po haniebnym procederze nasączania.

szynka

Ktoś powie: – Ale przecież te dodatki są dopuszczone do stosowania w żywności.

Oczywiście, że są. Papierosy również znajdują się w legalnym obrocie, mimo że dym powstający w wyniku ich palenia zawiera więcej związków toksycznych, niż ten, wydobywający się z kominów elektrowni Bełchatów. Daleko mi do technologa żywności i eksperta od żywienia, mam jednak świadomość, że sole peklujące stosowane do konserwacji i zwiększania objętości i masy wędlin przyczyniają się do powstawania nowotworów żołądka. Choroba ta uśmierciła kilku moich antenatów, także staram się wykazywać daleko posuniętą ostrożność w karmieniu się tymi związkami. Wam również to doradzam.

Robert Makłowicz powiedział kiedyś: „Masło jest od krowy, a margaryna z fabryki”. To stwierdzenie powinno wystarczyć za cały komentarz, ale znacie mnie – bez pewnych dywagacji po prostu się nie obejdzie. Ze znaczną lubością obserwuję młode matki, z odpowiedniej wielkości siedziskami i wydatnymi biustami, tak umiejętnie podkreślanymi za sprawą cudownych, kwiatowych sukienek. Niestety, lato zbliża się ku końcowi, lekkie ubrania zalegną w szafach, a ich miejsce zajmą nieciekawe, napompowane kurtki. Obrazek równie mało zajmujący, jak ten przedstawiający (nawet bardzo ładną) kobietę, sięgającą po pudełko z margaryną, z późniejszym zamiarem posmarowania tym żółtym spoiwem kanapki dla swojego dziecka. Kiepska sprawa. A może w takim razie modna margaryna z dodatkiem masła? To ostatnie w ilości 1,3%, reszta to tłuszcz roślinny utwardzony. Dziękuję, nie posmaruję.

Teraz przywołam na przykład to, co ludzie zamawiają gromadnie w knajpie pana Chang Poo. Kurczak, kurczak i jeszcze raz kurczak! Nieważne, że menu obfituje w ponad 100 różnych pozycji, wśród których bez problemu doszukać się można potraw z wieprzowiny, wołowiny, cielęciny, kaczki czy owoców morza. Czy oni wszyscy widzieli kiedykolwiek przemysłową fermę drobiu?

ferma

A co się dzieje w orientalnej budce pana Mohameda? Do wyboru kebab z kurczaka albo z baraniny. Umówmy się: z całą pewnością nie jest to mięso baranie w czystej postaci, ale moim zdaniem zawiera znaczną jego domieszkę, bo smak i konsystencja takiego dania są naprawdę niecodzienne. Przynajmniej w miejscu, gdzie ja bywam (obecnie już coraz rzadziej). Jednak ośmiu na dziesięciu klientów prosi o kurczaka. A jeśli akurat zabraknie kurczaka (co się często zdarza) wielu z nich odchodzi bez konsumpcji. Czy naprawdę jesteśmy narodem tak nudnym, sztampowym i nie ciekawym nowych doznań? Obawiać się skosztowania baraniny? To by również wyjaśniało, dlaczego tyle osób kupuje Skody zamiast, na przykład, Alf Romeo. Wolałbym już złapać rozległą chlamydię, niż na co dzień poruszać się tym pepicko-szwabskim pomiotem transformacji.

Oczywiście sam lubię potrawy z kurczaka, ale jest on teraz tak wszechobecny, że podświadomie wykorzystuję każdą okazję, aby na moim talerzu zagościło inne mięso. Urozmaicenie to podstawa, mimo że wegetarianom, czytającym te słowa, pewnie jeżą się włosy pod pachami.

Piwo. Jestem jednym z niewielu chyba mężczyzn, którzy nie pałają szaloną miłością do tego złocistego trunku. Powód jest dość prozaiczny: nie lubię gorzkiego smaku, przez całe życie poszukuję słodyczy. Owszem, w upalne dni nie ma to jak szklaneczka cholernie mocno schłodzonego piwa, ale cała sprawa rozbija się właśnie o ilość: browary sprzedają swoje trunki zazwyczaj w butelkach, bądź puszkach o pojemności 0.5l, co dla mnie jest ilością nie do wypicia „na raz”, a w ciągu jednego dnia nie mam raczej ochoty na więcej niż 200ml. Odstawię, to się odgazuje, a przecież nie zawsze pod ręką jest kompan, który pomoże opróżnić opakowanie. „Pij do dna”… I biegaj potem co chwila „pod drzewko”. Uspokajam od razu Drogie Czytelniczki – wszystko u mnie w porządku z odpływem, i dlatego tym bardziej nie wiem, jak w tej kwestii radzą sobie czterdziestokilkuletni panowie z osiedla, których codziennie widuję w godzinach popołudniowych w sklepie, gdzie drogą kupna wchodzą w posiadanie czteropaków „browaru”. Codziennie! Oznacza to dokładnie tyle, że każdego dnia wlewają w swoje gardziele po dwa litry masowo fermentowanego sikacza. Takiej ilości płynów prawdopodobnie nie wypijam łącznie w ciągu doby, wliczając wszystkie herbaty i wodę, a oni robią to w ciągu zaledwie kilku godzin. Do piwa obowiązkowo pogryzać należy chipsy, chrupki, bądź orzeszki, co wraz z alkoholem powoduje, że figura panów zaczyna przypominać tę, charakterystyczną dla obecnego Johna Travolty, tudzież mojego „idola” – Andrzeja Grabowskiego.
piwo i chipsy
Pół biedy, gdyby otyłość szła wyłącznie w brzuchy (chociaż i to jest szalenie niebezpieczne), ale wyżej wymieniona kaloryczna mieszanka bardzo lubi odkładać się również w biodrach, na nogach i zadku. Facet z tyłkiem przywodzącym na myśl kaczy kuper staje się jedynie żałosną karykaturą tego, co reprezentował sobą przed laty. Nie wspominając nawet o samopoczuciu i podupadającej psychice takiego opoja. Dodaj do tego paczkę (a nawet i dwie) papierosów, stres korporacyjny oraz siedzący tryb życia, a otrzymasz wyczerpującą odpowiedź, dlaczego cmentarze pełne są nagrobków upamiętniających zejście mężczyzn w sile wieku – tuż po pięćdziesiątce. Nie zamierzam podzielić ich losu, dlatego alkoholu używam sporadycznie, a swoje nadkilogramy redukuję za sprawą regularnego, wyważonego odżywiania. Stresu nie sposób uniknąć ale przynajmniej przestałem dawać sobie w komin, przez co moje płuca prawdopodobnie nie przypominają już krajobrazu po wypalaniu lasu, a bogata w owoce i warzywa dieta pozwala spać spokojnie po odrzuceniu obaw o podwyższony cholesterol. Również wątroba zdaje się nie wykazywać złogów, co zawdzięczam właśnie swojej dużej rezerwie w podejściu do picia alkoholu. Umiaru nam trzeba, umiaru.

Jeśli spodobał Ci się mój blog i chciałbyś poczytać zabawne teksty niemedyczne mojego autorstwa, serdecznie zapraszam na swoją drugą stronę internetową:

logo

Author: Buster

18 stories / Browse all stories
  • Mila Solshine (1 rok ago)
    A to bardzo ciekawa informacja, tj. że B12 zmagazynowana w…
  • Buster (2 lata ago)
    Dzięki, to bardzo miłe! Wiesz, zdarza mi się żałować, i…
  • Joanna Kwasigroch (2 lata ago)
    Masz takie dobre podejście, predyspozycje. Może jednak warto było zostać…
  • kometax (2 lata ago)
    Ja przed wzięciem ketonalu zjadam suchą bułkę rozmoczoną w wodzie…

Nowe zdjęcia »